Siedzę, trzymam w palcach prawej dłoni papierosa. Między wskazującym a fakiem. Strząsam popiół do szklanej popielniczki. I opowiadam. Doglądam przez dym twoich oczu i twoich. Chcę widzieć czy słuchacie. Little less conversation leci z jakiegoś sprzętu do odtwarzania. Wcale nie wpływa to zbyt szczególnie na klimat mojej opowieści. Leci bo leci. Potem się zmienia piosenka na opalizującą w oknie wersję wonderful world. Potem się już nie skupiam. Nie wiem czemu, nic interesującego się nie dzieje. Wszystko nudne, wszystko tak mało mnie porywa. Ale czuję, że się poce. Poce się bo opowiadam. Jestem gejzerem dowcipu, Ty sluchasz a ja znów zapalam. Butelka twist off odkrecona. Wypijam wszystko co bylo w szyjce i jeszcze trochę z pojemnika właściwego. Zaraz wychyle do końca, jeszcze ze dwa podejścia. Dym gęstnieje, trzy zapalone już papierosy nad stolikiem, strasznie śmierdzi. Boli mnie od tego głowa. Wchodzą dwie dziewczynki. Patrze. Czemu nie wchodzisz Ty? Przecież jesteś ich koleżnkom widziałem na naszej klasie. Kupują w szklance i idą na taras. Nie wiem czy by mi się chcialo siedzieć w taką pogodę na tarasie. Nie to, że jest brzydko. Ale już pod wieczór jest troche chłodno. Ale wiesz? Gdybyś Ty weszła nawet później, to bym wyszedł i na taras, i bym tam usiadł. Ale to później. Bo opowiadam, a dym gęstnieje. Piję póki czuję po butelce, że jest jeszcze zimne. To jest taka przerwa na odświeżenie w głowie fabuły. Wtedy sie nie rozglądam. Tylko patrze jak sie przelewa przez szyjkę. A w głowie układa mi się dokładnie co mam mówić. Potem i tak to wszystko poprawiam, także brzmi tak samo dobrze, jak dobrze wcześniejsza wersja brzmiała w mojej głowie. Nauczyłem się już. Już pamietam, że to co jest w twojej głowie zazwyczaj brzmi lepiejniż w chwili gdy już wibruje w powietrzu, a bębenek tymi wibracjami pobudzony, porusza układem kosteczek słuchowych. Dlatego już tego nie robie. Głupota brzmi lepiej niż, wymodzona, ułożona mądrość.
..
butelka odstawiona, stoi obok dloni z kolejnym papierosem. Usta mi się ruszają, wykrzywiają, żeby tylko dźwięk dobry mi wyszedl. Ty sluchasz, a Ty się już zbierasz. Coś tam mówisz, że "cześć". Ale pamiętasz, na początku bylo ciężej, tak jakoś mi na język nic nie przychodziło. Ale teraz. Teraz! Teraz jest temat pierwsza klasa. Ja mówie i jest zainteresowanie. Ty mówisz, że "cześć", ale widzę. Widzę ubolewanie na Twojej twarzy, że idziesz. Bo się narysowalo Ci na oczach, że chcesz jeszcze słuchać. Ale ja Ci nie powiem "zostań". Dopóki jeszcze Ty mnie bedziesz słuchać. Ja za sobą nigdzie nikogo ciągnąć nie będę. Ja zmienie temat, w między czasie sprawnie opróżnię butelkę. Papieros ląduje w popielniczce. Moje oczy lądują na wchodzących ludziach. Nawet nie wiem kto wchodzi. Nie obchodzi mnie to.
czwartek, 9 kwietnia 2009
środa, 18 marca 2009
* * *
"- Czy ta twarz Ci przeszkadza? - spytał Bukowski młodą kobietę. Byli na przyjęciu w Santa Cruz, po dobroczynnym wieczorku literackim [...] - Chodzi mi o to, czy uważasz ją za odrażającą - dodał dotykając kartoflowatego nosa i przypominającej owsiankę skóry.
- Nie - odpowiedziała ostrożnie. - Myślę, że człowieka należy sądzić po jego wnętrzu.
- Bardzo dobrze - powiedział. - Chodźmy się zatem pieprzyć."
- Nie - odpowiedziała ostrożnie. - Myślę, że człowieka należy sądzić po jego wnętrzu.
- Bardzo dobrze - powiedział. - Chodźmy się zatem pieprzyć."
Charles Bukowski: W ramionach szalonego życia.
niedziela, 15 marca 2009
J'ai besoin de plus de temps
Co się okazuje. Okazuje się powiadam, co jest już jasne dla większości. Okazuje się, przed oczyma mymi, to o czym wiedzą. I ja wiedziałem, ale nie odczułem. Teraz jednak czuję. Czuję, że nie mam o czym pisać. W chwili gdy doglądam w sąsiednim pokoju, poświatę ciepłą. Kiedy zaczynam dostawać kurwy, pulsacji tętnicy u szyi, jak mnie to światło po piętach i tyłku, smaga, pieści mnie. A ja w tym pokoju przy tym biurku. Siedzę, a ta jasność błoga mnie łapie za rękę. Ja jeszcze czasem mówię, że weź spierdalaj. Że ja tutaj swój los na szali co wieczór ważę. Ja nie mam kurwa czasu na jakieś uśmiechy i pierdoły. Ja myślę, że mnie to jednak pochłonie. Już mnie pochłania, połyka, przeżuwa, stopy moje rozkosznie są przez zadbane dłonie ni to masowane, ni to lizane szorstkim językiem ciała. Mi czasu trzeba, żeby się przestawić. Mówią starzy górale, że jak się za szybko zakłada buty wiosenne i kurtkę, to wiosna się spóźni, ta ładna. Że plucha będzie i breja. Ja tak do tego pokoju obok za szybko przejść nie mogę. Bo jak to po tym siedzeniu w moim zatęchłym, wyjść na światło od razu. To można ślepoty dostać.
..
Albo to mi się wydaje. Może to z kibla ta poświata nęcąca dochodzi. A ja przejdę do pokoju obok, a tam ciemno, podłoga zakurzona, ściany z tapetami starymi. I będę znowu tam bladą opaleniznę hodował. I cały zarośnięty, dalej będę z butelką wódki przed lustrem wielkim, kurwa zwierciadłem ściennym siedział. Że to kurwa, ściema. Że ja podniecam się, pakować się zaczynam, i golić też się miałem zamiar. I chciałem śpiworek zabrać i jaśka pod Głowę. I wbiegnę, nawet uśmiechał się będę, jeszcze niewierząc w to co widzę. I tylko kurwa to taka, była nadzieja, taki głupiec, że szczęśliwość.
..
Boże, kurwa, jeżeli możesz spełnić te wszystkie błagania ludzi, jeżeli współpracujesz z buddą i z Allahem i z różowym jednorożcem, to mnie wysłuchasz. I spółką, wszyscy wy wielcy kosmosu. Sprawcie, że to jest prawda. Że ten pokój to na litej skale jest zbudowany, że marmury się wznoszą pod sklepienie i konstrukcje tworzą wytrzymałą. Niech ten pokój do kurwy nędzy nie będzie fatamorganą. Bo co wam kurwa szkodzi i mnie uszczęśliwić.
Nie?! Wy kurwy. Ja sam będę dążył. Sam osiągnę ten jebany próg, choćby montewerest się z nim nie równał. Swój płód wyliniały w razie potrzeby zrzucę. Ale osiągnę sam w śniegach, powodziach i pożarach próg. I wytrysnę! W powietrze białe chmury się wzniosą i na szczytach piersi będą jak stearyna gorące strupy tworzyć. A ja z pomiędzy tych wąwozów wyjdę, triumfując nad bogiem i nad kobietą. I z progu razem będziemy patrzeć na ten ocean głęboki. Z horyzontem po drugiej stronie przedpokoju. Z kolosem rodyjskim na straży, będziemy spać pod palmami i klonami.
..
Albo to mi się wydaje. Może to z kibla ta poświata nęcąca dochodzi. A ja przejdę do pokoju obok, a tam ciemno, podłoga zakurzona, ściany z tapetami starymi. I będę znowu tam bladą opaleniznę hodował. I cały zarośnięty, dalej będę z butelką wódki przed lustrem wielkim, kurwa zwierciadłem ściennym siedział. Że to kurwa, ściema. Że ja podniecam się, pakować się zaczynam, i golić też się miałem zamiar. I chciałem śpiworek zabrać i jaśka pod Głowę. I wbiegnę, nawet uśmiechał się będę, jeszcze niewierząc w to co widzę. I tylko kurwa to taka, była nadzieja, taki głupiec, że szczęśliwość.
..
Boże, kurwa, jeżeli możesz spełnić te wszystkie błagania ludzi, jeżeli współpracujesz z buddą i z Allahem i z różowym jednorożcem, to mnie wysłuchasz. I spółką, wszyscy wy wielcy kosmosu. Sprawcie, że to jest prawda. Że ten pokój to na litej skale jest zbudowany, że marmury się wznoszą pod sklepienie i konstrukcje tworzą wytrzymałą. Niech ten pokój do kurwy nędzy nie będzie fatamorganą. Bo co wam kurwa szkodzi i mnie uszczęśliwić.
Nie?! Wy kurwy. Ja sam będę dążył. Sam osiągnę ten jebany próg, choćby montewerest się z nim nie równał. Swój płód wyliniały w razie potrzeby zrzucę. Ale osiągnę sam w śniegach, powodziach i pożarach próg. I wytrysnę! W powietrze białe chmury się wzniosą i na szczytach piersi będą jak stearyna gorące strupy tworzyć. A ja z pomiędzy tych wąwozów wyjdę, triumfując nad bogiem i nad kobietą. I z progu razem będziemy patrzeć na ten ocean głęboki. Z horyzontem po drugiej stronie przedpokoju. Z kolosem rodyjskim na straży, będziemy spać pod palmami i klonami.
poniedziałek, 2 marca 2009
ordure
Kurde, chciałem napisać o marginesie. Miałem ochotę tam kwalifikować ludzi. Byłoby fajnie. Miałem nawet taką fajną metaforę marginesu, że coś, że kurwa, że latarnie czerwone, jakoś odgradzają. Jakoś mi to tak nie poszło. Tak bez, żadnej spójności. No ja bym to nazwał, że chujowe. Ale to nie mialo być sednem wszystkiego. Ten margines to miał tylko wprowadzić. Do jeszcze fajniejszej rzeczy. Do kolejnego, jakiego potopu. Takiego potoku autodestrukcji. Ale nie, zrobie tego. Wie dlaczego? Bo mi się dziś od słońca endorfiny wytworzyły. I na diete antydepresyjną przechodzę z okazji wielkiego postu. I boże pomóżże mi się w tym postanowieniu utrzymać. Żeby mnie to wszystko podniebiosa wyniosło, żeby mi chóry anieslskie u stóp jezusa śpiewały alleluja, allelujea. Taka dieta! Cud! Rewela! Ile ona ode mnie determinacji wymaga, i siły woli. I nie powiem, może sam sobie nie dam rady. Może polegne! Ale skutek, nie byle kurwa jaki. Ludzie nie stosują, bo sie boją, że oszaleją ze szczęscia. Ale mój psychoanalityk mi powiedział. Żebym zaryzykował. Powiedział, z mniejszą dawką czekolady, zaeksperymenotwać warto. Ja tam nie wiem. Nie znam się. W każdym razie szaleństwo. Szczęscie, radość, Słońce, solar, czekolada. Różowe okulary, lalki barbi, pokrzywy. Bez Ciebie będę szcześliwy. Będę! Dieta cud bez efektu jojo.
czwartek, 26 lutego 2009
baise
Im więcej piszę, im częściej, im im im. Tym dokładniej rozważam znaczenie słowa chujowy. Potem zastanawiam się po raz enty, co to znaczy pierdolić. A potem zaczynam pisać. Potem kończe. I się zastanawiam, myślę. I co? I jest chujowo? Za dużo pierdolenia? Rozważam. No i jak? I albo całą grafomanię wypieprzam, albo poprawiam.
..
Ale na to potrzeba czasu. Zastanawiająco niewiele mi, kretynowi, zajęło było dojście do tego. Żeby nie było tak, że się zbytnimi emocjami unoszę. Ale unosiłem! Ale! Już nie. Już rozważam. I słowa i literki. I nie, że kurwa emocje, na kartce, wybuchające wulkany, gejzery parzące. Tylko kurwy wypasione, te emocje. Nie pączkujące. Tylko kurwa górnolotne! Bo przemyślane. To taka grafomania już nie pełzająca, srająca w pampersy, pieluszki. Tylko taka na czworaczka przez przedpokój z kijkiem w dziąsłach popierdalająca. Co już nocnika szuka, żeby się wysrać. Już przy meblach wstaje i sie przesuwa. Może jeszcze odległości do łydki ojca bez trzymanki nie pokona. Ale już na prostych kolanach. Już bez szorowania po podłodze. Już przy meblach i całą długość od telewizora (a guziczek też naciśnie) do ściany za kanapą. Ale łydka taty już czeka! Już tam ojciec gębę wykrzywia w uśmiechu. Kamere, cyfrówke czas kupić! Tatuś dobry tatuś. A jaki ma zarost! Jak krzaczory w pasie regla górnego. Taki gęsty. Gębę pokrywa. A śniegiem już też po bokach nie lada oprószony. Tak to sie rozwija, ta cała grafomania. Aż nią być przestanie! Ale ja tego nie doczekam. Ja zostane grafomanem, ja się będę infantylizmem szczycił. Mój głód pisania, zawsze pozostanie naiwny, dziecięcy. Ja nie Bukowski ani Witkowski. Ja do Gombrowicza mam jak z Łodzi do Sidneja. Pisał będę. Bo lubię. Ty nie czytaj, bo nie lubisz. A jak lubisz, czytaj. Jak masz za mało swojej goryczy, to czerp z mojej. Jak masz za dużo radości, wzorój się na moim jej braku. Jak masz mnie w dupie, to miej. Mi nie zależy. Ja nie jestem andergrandowy, tak rzekł!
..
Ale na to potrzeba czasu. Zastanawiająco niewiele mi, kretynowi, zajęło było dojście do tego. Żeby nie było tak, że się zbytnimi emocjami unoszę. Ale unosiłem! Ale! Już nie. Już rozważam. I słowa i literki. I nie, że kurwa emocje, na kartce, wybuchające wulkany, gejzery parzące. Tylko kurwy wypasione, te emocje. Nie pączkujące. Tylko kurwa górnolotne! Bo przemyślane. To taka grafomania już nie pełzająca, srająca w pampersy, pieluszki. Tylko taka na czworaczka przez przedpokój z kijkiem w dziąsłach popierdalająca. Co już nocnika szuka, żeby się wysrać. Już przy meblach wstaje i sie przesuwa. Może jeszcze odległości do łydki ojca bez trzymanki nie pokona. Ale już na prostych kolanach. Już bez szorowania po podłodze. Już przy meblach i całą długość od telewizora (a guziczek też naciśnie) do ściany za kanapą. Ale łydka taty już czeka! Już tam ojciec gębę wykrzywia w uśmiechu. Kamere, cyfrówke czas kupić! Tatuś dobry tatuś. A jaki ma zarost! Jak krzaczory w pasie regla górnego. Taki gęsty. Gębę pokrywa. A śniegiem już też po bokach nie lada oprószony. Tak to sie rozwija, ta cała grafomania. Aż nią być przestanie! Ale ja tego nie doczekam. Ja zostane grafomanem, ja się będę infantylizmem szczycił. Mój głód pisania, zawsze pozostanie naiwny, dziecięcy. Ja nie Bukowski ani Witkowski. Ja do Gombrowicza mam jak z Łodzi do Sidneja. Pisał będę. Bo lubię. Ty nie czytaj, bo nie lubisz. A jak lubisz, czytaj. Jak masz za mało swojej goryczy, to czerp z mojej. Jak masz za dużo radości, wzorój się na moim jej braku. Jak masz mnie w dupie, to miej. Mi nie zależy. Ja nie jestem andergrandowy, tak rzekł!
poniedziałek, 23 lutego 2009
ne regardez pas de nouveau dans le soleil
Ty zboku ty, obleśny fiucie. Bumelancie z Koziej Wólki. Z czym Ty do ludzi startujesz. Co ty reprezentujesz sobą, Ty niegodny. Bumelowanie w głowie i tyle, i tylko bumelować i wybumelować się, a tu przed Tobą wyzwania. Ludzie oczekują, stawiają Ci poprzeczke. Wklejają cie do albumu, z podpisem, co sam nie wymyślałeś, oni wymyślili. Ty się wstydzisz, ale twoja wina to, twoja wina wielka wina, grzech przeciw bogu i społeczeństwu. Już się tam marszałek Piłsudski w grobie przewraca, papież były nasz polak tak samo. A Ty? Ty zawodzisz, starasz się, czy nie starasz zawodzisz. Ludzie zaczeli widzieć, jak to z Tobą, już nie proszą. Leją na Cie, leją, strumień szczyn Cię po plecach biczuje, i na plecach wielkie F, zupelnie jakby na śniegu wypisuje. Frajer jesteś niegodny, czcigody, niewygodny. Ni do bitki ni do wypitki, ani do rozmowy, i naznaczony chodzisz tym efem na plecach. Wszyscy już widzieli, już Cie z założenia gnębią i jak szmate po ziemi, po ziemi, po tej polskiej ziemi co krwią spłynęła i blizną naznaczona. Obca moc zabrała, oddała i tak kilka razy. I od przedszkola do opola. I w kinie i w metrze. I z ziemi włoskiej do polskiej. A Ty? Karykaturo dalej żyjesz i tak błagasz, zlitujcie się. Ja wam nic złego wyrządzić nie chciałem, ja tylko chciałem, żeby mnie ktoś po głowie pogłaskał, grzecznie zmotywował. Bez chamstwa, wyższości. Tak na równi jak z człowiekiem. Ty jak człowiek chcesz być traktowany? To jak człowiek się zachowuj. To sie ustatkować winnyś i winnyś pomóc nam nieść wieńce pogrzebowe, na swoją ceremonie odejścia, przejścia, wyjścia, urodzin. I swoją grafomanie całą winnyś spalić i usunąś. Delete, delete. Krzyżem się rzucić na ziemię i całować te polskie posadzki. I błagać i jeszcze polska nie zginęła, bogurodzica i ave maryja. Umyć sie, uczesać, palnie rzucić, skończyć z hańbiącym procederem picia do lustra. Przykład dawać. Rodznie założyć 2+3 bo mamy w ojczyćnie naszej, kochanej ujemny przyrost. Na wybory chodzić, Radio maryje w radioodbiorniku nastawić. Lesiowi przytakiwać. I naród miłować i boga i o honor nasz w irlandii w dublinie walczyć. Bootcut spodnie sobie kupić, u szewca buty zamówić, spalić te patałaszki wszystkie pedalskie z zary z h&mu. Na koniec kochany, masz przeprosić wszystkich na ktorych Ci zależało za to, że Ci na nich zależało. I że do kurwy, wielkiej, aorty, tetnicy pulsacji ich doprowadzałeś, tym że chciałeś ich towarzystwa i że chciałeś żeby na Ciebie zwrócili uwagę i żeby pamiętali o Tobie. Wyrzucić broń na ziemie, padnij, powstań, pierdnij, spocznij. Baczność, ku chwale ojczyzny!
wtorek, 17 lutego 2009
annonce
Młodą, pijącą, palącą, rokendrolującą, niewyemancypowaną, jadącą ze mną na openera, w programie seks w namiocie i romantyczne granie na gitarze.
Subskrybuj:
Posty (Atom)
